W swoim ukochanym Charkowie rodzina miała wszystko. Pracę, dostęp do wszystkich dóbr, większość wygód. Kochali się i marzyli. Marianka uwielbiała spędzać czas na podwórku. Wspólnie ze swoimi rówieśnikami uganiała się za piłką. Dzieci błądziły po świecie przygód. Teraz już żadne z nich nie potrafi tak marzyć. Patrzą na wiosenną trawę i boją się, czy pośród soczystych źdźbeł nie czai się zdradziecki zapalnik...
- Nawet tutaj, w Chełmie, Marianka zatyka uszy i cała drży, kiedy słyszy ujadanie psa. Nie mówiąc już o przelatującym samolocie. Właśnie dlatego jesteśmy tutaj, a nie tam. Żeby mogła spróbować jeszcze normalnego życia. Czy się uda? Tego nie wiem... - mówi, połykając łzy, Olesia.
Tam, w pobliżu Charkowa, zostali rodzice Serhija. To staruszkowie, ale mają oparcie w drugim synu. Nie ma dnia, żeby Serhij nie myślał, co u nich. Czy żyją?
- Kiedy w lutym 2022 roku wybuchła wojna, znaleźliśmy się tutaj w Chełmie. To zabawne, ale nawet nie wiedzieliśmy, o co prosić, co miałoby się nam przydać w nowym życiu. Z naszego mieszkania zabraliśmy tylko dwa plecaki. Jakieś ubrania. Otrzymaliśmy natomiast ogrom ciepła i znacznie więcej, niż naprawdę potrzebowaliśmy. Pamiętam, że Marianka otrzymała mnóstwo zabawek, słodyczy, a ludzie wciąż pytali „W jaki sposób możemy pomóc?”. Nie zapomnimy tego nigdy – mówią zgodnie małżonkowie.
Próbowali wrócić do siebie jesienią 2022 roku. Pod bombami wytrzymali cztery miesiące. Ponownie do Polski przyjechali w lutym 2023 roku.
- Tam mieliśmy swoje sprawy, swój dom, przyjaciół, pracę... Sądziliśmy, że będzie lepiej, że jednak wszystko się jakoś ułoży. Poza tym mieszkańców Charkowa wyróżnia jakaś nadzwyczajna odporność na to, co się dzieje. Wtedy rakiety trafiały w nasze miasto raz, dwa razy na tydzień. Ale życie toczyło się dalej. Ludzie pracowali, załatwiali swoje sprawy. Potem było już tylko gorzej – wspomina Olesia.
Wrócili jak do siebie
Kiedy wracali do Polski, mieli poczucie, że wracają jak do siebie. Mieli już tutaj znajomych, nawet przyjaciół. Zauważyli, że mogą normalnie wyjść na spacer wszędzie tam, gdzie tylko mają ochotę. Że jest jeszcze błękitne niebo, po którym spokojnie płyną chmury, a nie rakiety wroga.
- Wojnę znałam tylko z opowieści mojego dziadka, który opowiadał mi o tym, jak Niemcy dwukrotnie zajmowali Charków w czasie swojej kampanii w Związku Radzieckim. Łudziłam się, chyba wszyscy się łudziliśmy, że żyjemy przecież w XXI wieku, wśród cywilizowanych ludzi, w innej już rzeczywistości. Jak bardzo się myliliśmy... - mówi z namysłem Olesia.
Oczyma pamięci chodzi wciąż po ulicach ogromnego, niczym Warszawa, Charkowa. Po swojej dzielnicy. Wychodzi na piękny balkon i kąpie w pierwszych promieniach wiosny. Tak było kiedyś. Teraz do ich mieszkania nie zajrzy już ani jeden słoneczny promień. Okna zieją pustką i mrokiem. Nie mają szyb. Mieszkanie trzeba było zabezpieczyć deskami...
Serhiej przekonany jest o tym, że wojny spokrewnionych ze sobą, podobnych etnicznie narodów są tymi, które niosą ze sobą najwięcej bólu i okrucieństwa. Wspomina wojnę w Bośni i Hercegowinie.
- W pierwszych dniach wojny wydawało nam się, że to przecież musi się skończyć – za pół dnia, za dzień, dwa. Potem to oczekiwanie na normalność zaczęło się ciągnąć w nieskończoność. W pewnym momencie dni zlewają się ze sobą i tracisz poczucie czasu. Wciąż jednak w głowie przewija się jedna myśl „Przecież tak nie może być, przecież kiedyś musi się to skończyć”. Nie skończyło się i nie wiadomo, co będzie dalej – mówi z przejęciem.

Dzieci wybiegły na osiedlowy plac zabaw. Jest deszczowo, chłodno i nieprzyjemnie, mimo że to pierwsze dni maja. Wzięły ze sobą piłkę, może uda się jednak rozegrać jakiś krótki mecz. Kiedy jest słonecznie, grupa amatorów wspólnych przygód rozrasta się do kilkudziesięciu osób. No, ale ten deszcz... Dzisiaj zostali tylko najwytrwalsi. Uganiają się za białą kulą, poszturchują, krzyczą i wzajemnie dopingują. Mały, jasnowłosy Misza nie wie jeszcze, że po raz ostatni poklepie Borysa po ramieniu, spojrzy mu w oczy i pełen entuzjazmu wykrzyknie „Jeeeest, udało się...”. Okrzyk radości rozdziera świst. W murawę uderza rakieta. Jasne włosy pokrywają iskry i czarny pył...
- Tak, wczoraj, zginęli wszyscy. Siedem osób. A mogło 30, 40... - mówi Olesia. Jej palce zaciskają się na zmiętej chusteczce, słowa grzęzną w zaciśniętym gardle.
Czasami, po cichu, dziękuje Bogu za swoją niepełnosprawność. Za to, że oboje z mężem nie widzą świata, który wali się wokół nich. Nie widzą, ale mają siebie. Na otrzymane do tej pory dobro odpowiadają uśmiechem i leczniczym dotykiem. Oboje przepracowali ponad 20 lat jako masażyści.
- Na razie przyjmujemy w domu, ale marzymy o własnym profesjonalnym gabinecie. Być może kiedyś uda nam się zorganizować taki punkt, gdzie moglibyśmy wygodnie przyjmować naszych pacjentów. Na razie funkcjonujemy tak, jak pozwalają nam na to warunki. Nie narzekamy. Cieszymy się, że możemy w miarę normalnie funkcjonować i pomagać – mówi z pięknym uśmiechem Olesia.
Z Charkowa przywieźli nawet ekspres do kawy
Serhij robi mocne espresso, które trochę nie pasuje do tego, o czym mówimy. Kawa przywołuje na myśl spokój, ciepło i domowy ład, a tymczasem mówimy o tym, że tam, daleko na wschodzie, spadają rakiety i giną ludzie. Pijemy tę kawę i rozmawiamy.
- Tutaj odnaleźliśmy swój nowy dom. Czy będzie takim domem na stałe? Trudno powiedzieć. Wciąż tęsknimy za Charkowem, ale kiedy byliśmy tam przez chwilę, serce rwało się do Chełma... Przywieźliśmy tutaj nawet swój ekspres. Mamy wszystko, czego potrzebujemy. Nasza córka znowu może biegać po trawie i jesiennych liściach. I nie myśli już, czy pod którymś z nich nie kryje się mina....
Przez okno wpada słoneczny promień. Dzisiaj w domu Olesi i Serhija nie brakuje już światła. Nie muszą zabijać okien deskami i wygaszać lamp, kiedy przychodzi zmrok. Tutaj, w Chełmie, nie śledzi ich już oko rosyjskiego lotnika, dla którego światło oznacza przyzwolenie na zrzucenie bomby. Musi jednak upłynąć jeszcze dużo czasu, zanim odnajdą to wewnętrzne, własne „światło”.
- Kto za to wszystko odpowiada? Za zabójstwa, gwałty, okrucieństwo, zezwierzęcenie... Putin? Przecież nie stał nad każdym z tych żołnierzy i nie mówił, co mają robić. Kiedyś chcieliśmy widzieć w Rosjanach ludzi, dzisiaj już nie umiemy...
Czytaj także:
Napisz komentarz
Komentarze